O autorze
Członkini prezydium klubu poselskiego Nowoczesna. Wiceprzewodnicząca sejmowej Komisji Finansów Publicznych. Ekonomistka i politolożka z kilkunastoletnim doświadczeniem w zarządzaniu biznesem. Szczęśliwa mama dwóch córek, mężatka.

Hipokryci z PiS

Swobodny przepływ kapitału, towarów i usług oraz osób pomiędzy poszczególnymi członkami to podstawowe zasady Unii Europejskiej, z których jako Polacy mamy możliwość korzystać już kilkanaście lat. Początkowo w nieco ograniczonym zakresie, dziś w pełni otwarta Unia przyjęła zasadę, że kapitał czy ludzki czy materialny nie ma narodowości.

Przez lata kraje bogatsze angażowały swój kapitał na bardziej rentownych rynkach wschodzących min. w Polsce. W zamian jako nowi członkowie Unii mogliśmy korzystać z bardziej dochodowych rynków pracy w Niemczech, Holandii czy Francji. W zamian też, jako kraj bez kapitału, mogliśmy rozwijać własną gospodarkę, bo w oparciu o duże międzynarodowe korporacje, nie tylko tworzyliśmy nowe miejsca pracy ale rozwijaliśmy też małe i średnie rodzime przedsiębiorstwa. To one dzięki większym partnerom, zyskiwały nowe rynki zbytów.



Komu co przeszkadzało?
Dla niektórych krajów, a w zasadzie ich polityków, to było zbyt wiele. W pierwszej kolejności Węgry, później Polska, zaczęły głosić hasła o wyzyskiwaniu pracowników przez firmy z obcym kapitałem, o transferowaniu zysków do firm matek. Od 2 lat rząd PiS wszelkimi metodami próbuje nałożyć dodatkowe podatki na firmy z obcym kapitałem, na pierwszy ogień poszedł handel. Rząd pośrednio neguje fakt, że po opłaceniu podstawowej działalności, podatków, zrealizowaniu projektów inwestycyjnych, międzynarodowe korporacje mają prawo przekazać zyski do właściciela. Czy to grzech, że inwestor chce wypłacić sobie dywidendę lub zainwestować pieniądze w innym miejscu? Przecież żadna korporacja nie pracuje charytatywnie, nie inwestuje pieniędzy po to by je skonsumować, a po to by mnożyć zyski i budować majątek.

Firmy polskie mnożą majątek w kraju lub poza granicami a ich właściciele dywidendy wypłacają najczęściej w Polsce. Tak samo firmy z kapitałem zagranicznym, nadwyżki transferują do kieszeni swoich właścicieli. Każdy przedsiębiorca, niezależnie od narodowości, w zamian za tworzenie miejsca pracy oczekuje określonej stopy zwrotu z inwestycji. Na tym właśnie polega wolny rynek. Tymczasem politycy PiS chcieliby by przedsiębiorcy, także zagraniczni, przeznaczali swoje zyski na tworzone przez rząd programy socjalne. Pytanie zasadnicze, po co zatem ktoś miałby angażować swoje siły i środki właśnie w Polsce, ponosząc jeszcze dodatkowe ryzyko wynikające choćby z faktu prowadzenia działalności gospodarczej w obcym kraju?

Takim właśnie myśleniem rząd Beaty Szydło, krocząc za premierem Orbanem, rozpoczął wojnę na kapitał narodowy. Z jednej strony wicepremier Morawiecki jeździ po świecie i namawia do stawiania fabryk w Polsce, z drugiej fala hejtu uderza w międzynarodowych „krwiopijczych” inwestorów. Kończy się na tym, że firma Mercedes, w obawie przed nacjonalizacją będącą następstwem reparacji za szkody powstałe w czasie II Wojny Światowej, w ostatniej chwili zmienia decyzję o ulokowaniu nowego centrum logistycznego nie w Polsce a w Czechach.

Wychodzi więc na to, że dobrze jest jak nasi pracownicy zarabiają dzięki obcemu kapitałowi i nasi przedsiębiorcy rozwijają skrzydła jako podwykonawcy międzynarodowych korporacji. Dobrze jak inwestorzy budują fabryki w Polsce ale źle jak „zły” obcy kapitał chce skasować premię i wypłacić należne sobie zyski.

Druga strona medalu.
W ostatnich dniach prezydent Francji Emmanuel Macron podjął temat pracowników delegowanych, czyli tych którzy pracują min we Francji na warunkach polskich. Tak się składa, że temat niezwykle istotny dla naszych rodaków bo na 2 mln pracowników delegowanych w Unii Europejskiej, aż 23% stanowią Polacy.

Francuzi mają ten sam problem z Polakami, co Polska z Ukraińcami.
Z jednej strony jesteśmy tam niezbędni by wykonywać prace, których nie chcą wykonywać Francuzi. Z drugiej psujemy rynek bo nie tylko zabieramy część bardziej intratnych stanowisk ale pracując za niższe stawki, spowalniamy wzrost płacy minimalnej.

Płaca minimalna może wzrastać na dwa sposoby. Może być podniesiona ustawą jak to robi PiS lub w bardziej zdrowy sposób czyli poprzez wzrost presji płacowej, co najczęściej jest następstwem braku rąk do pracy. Jak pracodawca ma problem ze znalezieniem lub utrzymaniem pracownika musi zapłacić więcej, po drugiej stronie ma bowiem wakat i wizję utraty zamówienia. Wyjściem jest oczywiście „zamiennik” w postaci tańszych rąk do pracy. Takim właśnie „zamiennikiem” są pracownicy delegowani, którzy choć zarabiają więcej niż zarabialiby na adekwatnych stanowiskach w swoim kraju, zarabiają mniej niż obywatele kraju do którego wyemigrowali.

Hipokryci z PiS.
Jeśli przyjeżdżają do nas Ukraińcy pilnujemy by pracowali legalnie, pracowali za płacę minimalną obowiązującą w Polsce, a zgoda na pobyt była wydawana na nie dłużej niż pół roku. Jak przyjmujemy kontrakty we Francji czy Niemczech oczekujemy by traktowano nas z ulgą przez nieokreślony czas.

Eksperci podkreślają, że zmiana zasad dotycząca pracowników delegowanych jest dobra dla samych pracowników ale zła dla polskich przedsiębiorców. To oczywiste, kto by nie chciał pracować za wyższe francuskie stawki? Tyle, że polskie firmy mogą mieć problem z utrzymaniem swoich kontraktów, bo jeśli wzrosną im koszty osobowe to nie będą w stanie wykonywać tych samych usług ale taniej. Rodzą się tu dwa pytania. Po pierwsze dlaczego Prezydent Macron ma dbać o interes polskich firm we Francji, skoro rząd PiS nie dla o interes francuskich firm w Polsce? Po drugie, czy naprawdę nie potrafimy konkurować inaczej niż tanią siłą roboczą?

Odpowiedz na pierwsze pytanie jest prosta, głośmy więcej haseł o wyzyskiwaniu polskich pracowników przez francuskie firmy, nakładajmy podatki na francuski handel, bojkotujmy francuskie sery, wina czy samochody, zrywajmy z francuzami kontrakty bez powodu, uczmy ich jeść widelcem a zapewne będą nas traktować po partnersku. Odpowiedź na drugie pytanie jest zdecydowanie trudniejsza. To proces wymagający czasu i wysiłku tak ze strony przedsiębiorców, pracowników jak i rządzących. Proces wyjścia z pułapki średniego wzrostu. Proces o którym Premier Morawiecki mówi od 2 lat realizując zupełnie przeciwną politykę gospodarczą w imieniu rządu.
Trwa ładowanie komentarzy...